„Electric Ladyland” to trzeci i ostatni studyjny album The Jimi Hendrix Experience, ale trudno traktować go wyłącznie jako zamknięcie krótkiej historii zespołu. Wydana w 1968 roku płyta pokazała Hendrixa jako artystę znacznie wykraczającego poza rolę genialnego gitarzysty. Psychodelia, blues, hard rock, studyjne eksperymenty i monumentalne improwizacje stworzyły album, który ponad pół wieku później nadal potrafi brzmieć niepokojąco świeżo.
Hendrix przejmuje kontrolę
Kiedy w 1968 roku ukazywało się „Electric Ladyland”, Jimi Hendrix nie musiał już nikomu udowadniać, że jest wyjątkowym gitarzystą. Dwa wcześniejsze albumy The Jimi Hendrix Experience – „Are You Experienced” i „Axis: Bold as Love” – uczyniły z niego jedną z najważniejszych postaci nowej generacji rocka.
Trzecia płyta miała jednak pokazać coś więcej. Tym razem Hendrix sam został producentem albumu i znacznie szerzej wykorzystał studio jako narzędzie twórcze. Nagrania trwały z przerwami od 1967 do sierpnia 1968 roku, przede wszystkim w Olympic Studios w Londynie oraz Record Plant Studios w Nowym Jorku.
Rezultatem był podwójny album trwający ponad 75 minut. Zamiast zbioru kolejnych gitarowych piosenek Hendrix stworzył rozległą muzyczną przestrzeń, w której blues spotykał psychodelię, rock nabierał niemal kosmicznych rozmiarów, a możliwości studia stawały się równie ważne jak możliwości samego instrumentu.
Wejście do Electric Ladyland
Już początek płyty pokazuje, że słuchacz nie otrzyma klasycznego rockowego albumu. „…And the Gods Made Love” jest krótkim, eksperymentalnym wprowadzeniem pełnym studyjnych efektów. Dopiero później pojawia się delikatne „Have You Ever Been (To Electric Ladyland)”, w którym Hendrix prezentuje bardziej subtelną, niemal soulową stronę swojej muzyki.
A potem przychodzi „Crosstown Traffic” – krótki, zwarty i natychmiast chwytliwy. Hendrix udowadnia tutaj, że obok długich improwizacji potrafił pisać również niezwykle skuteczne rockowe utwory.
To właśnie kontrasty stanowią jedną z największych zalet „Electric Ladyland”. Album potrafi w ciągu kilku minut przejść od eksperymentu do melodii, a następnie całkowicie zanurzyć słuchacza w bluesowej improwizacji.
„Voodoo Chile” – blues bez ograniczeń
Prawie piętnastominutowe „Voodoo Chile” jest jednym z centralnych punktów albumu. To Hendrix głęboko zakorzeniony w bluesie, ale jednocześnie całkowicie odrzucający ograniczenia tradycyjnej formy.
W nagraniu uczestniczyli m.in. Steve Winwood na organach oraz Jack Casady na gitarze basowej. Zamiast klasycznej, zwartej piosenki powstał rozbudowany jam, w którym instrumenty prowadzą ze sobą nieustanny dialog.
Hendrix nie traktuje tutaj gitary wyłącznie jako narzędzia do grania solówek. Buduje nią atmosferę, odpowiada wokalowi, podkreśla rytm i nieustannie zmienia intensywność całego nagrania.
„Voodoo Chile” pokazuje też, jak silny pozostawał związek Hendrixa z bluesem. Nawet kiedy jego muzyka zmierzała w najbardziej psychodeliczne rejony, fundament pozostawał głęboko zakorzeniony w tradycji.
Album pełen muzycznych gości
Choć na okładce widniała nazwa The Jimi Hendrix Experience, „Electric Ladyland” wyraźnie wychodzi poza klasyczne brzmienie tria Hendrix – Mitch Mitchell – Noel Redding.
Na albumie pojawili się liczni zaproszeni muzycy. Steve Winwood zagrał na organach w „Voodoo Chile”, Jack Casady na gitarze basowej, Buddy Miles na perkusji w „Rainy Day, Dream Away” i „Still Raining, Still Dreaming”, a Chris Wood na flecie w rozbudowanym „1983… (A Merman I Should Turn to Be)”.
Dave Mason pojawił się natomiast z 12-strunową gitarą w „All Along the Watchtower”.
Ta otwartość na innych muzyków sprawiła, że album brzmi znacznie szerzej niż poprzednie wydawnictwa Experience. Hendrix coraz wyraźniej wychodził poza ramy trzyosobowego rockowego zespołu.
„1983…” – Hendrix odpływa w psychodelię
Jednym z najbardziej niezwykłych fragmentów płyty pozostaje trwające ponad trzynaście minut „1983… (A Merman I Should Turn to Be)”.
To nie jest Hendrix, którego można sprowadzić do efektownych gitarowych riffów. Kompozycja rozwija się powoli, tworząc niemal filmowy pejzaż dźwiękowy. Gitara, flet, efekty studyjne i zmieniająca się przestrzeń nagrania budują psychodeliczną podróż, która zdecydowanie wyprzedza prostą formułę rockowej piosenki.
Właśnie w takich momentach najlepiej słychać ambicję „Electric Ladyland”. Hendrix nie chciał jedynie zagrać kolejnego efektownego solo. Chciał tworzyć całe światy za pomocą dźwięku.
„All Along the Watchtower” – jak przejąć cudzą piosenkę
Najbardziej rozpoznawalnym nagraniem z albumu pozostaje „All Along the Watchtower”, kompozycja Boba Dylana.
Hendrix potraktował ją jednak jak materiał do stworzenia własnego utworu. Jego interpretacja jest bardziej dramatyczna, elektryczna i przestrzenna, a partie gitarowe stały się jednym z najbardziej charakterystycznych elementów całego nagrania.
To również jeden z najlepszych przykładów jego talentu aranżacyjnego. Gitara nie pełni tutaj jednej funkcji. Pojawia się w wielu warstwach, prowadzi melodie, tworzy napięcie i odpowiada wokalowi.
„All Along the Watchtower” jest dowodem, że wielka interpretacja nie musi być wierna oryginałowi. Czasami jej największą wartością jest właśnie całkowita zmiana perspektywy.
„Voodoo Child (Slight Return)” – finał, którego nie da się pomylić
Po ponad godzinie muzycznych eksperymentów Hendrix zostawia na koniec jeden ze swoich najbardziej charakterystycznych utworów.
„Voodoo Child (Slight Return)” rozpoczyna się od partii wah-wah, która stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych gitarowych motywów w historii rocka. Dalej dostajemy potężny blues-rock, w którym Hendrix wykorzystuje gitarę niemal jak przedłużenie własnego głosu.
To idealne zakończenie albumu. Jest w nim bluesowy fundament, psychodeliczne brzmienie, studyjna wyobraźnia i gitarowa ekspresja, czyli właściwie wszystko, co definiuje „Electric Ladyland”.
Nie tylko gitarzysta
Największym błędem przy słuchaniu „Electric Ladyland” byłoby skupienie się wyłącznie na gitarowych umiejętnościach Hendrixa.
Oczywiście jego gra pozostaje spektakularna, ale jeszcze większe wrażenie robi sposób, w jaki artysta myśli o całym nagraniu. Hendrix jest tutaj kompozytorem, aranżerem i producentem. Manipuluje przestrzenią, nakłada partie instrumentów, wykorzystuje efekty i świadomie buduje kontrasty pomiędzy poszczególnymi fragmentami.
Album potrafi być surowy i bluesowy, a kilka minut później niemal abstrakcyjny. Obok krótkiego „Crosstown Traffic” znajduje się kilkunastominutowe „Voodoo Chile”, a bardziej tradycyjne formy sąsiadują z dźwiękowymi eksperymentami.
Ta różnorodność mogłaby doprowadzić do chaosu. Tymczasem właśnie ona tworzy charakter płyty.
Ostatni album The Jimi Hendrix Experience
„Electric Ladyland” okazał się trzecim i ostatnim studyjnym albumem The Jimi Hendrix Experience. W tym sensie jest zakończeniem niezwykle intensywnego etapu kariery Hendrixa.
Jednocześnie materiał wyraźnie sugerował, że artysta zaczynał szukać czegoś poza dotychczasową formułą zespołu. Liczni goście, rozbudowane sesje i coraz większe znaczenie eksperymentów studyjnych wskazywały kierunek, w którym chciał rozwijać swoją muzykę.
Album został bardzo dobrze przyjęty przez krytyków i przez kolejne dekady zachował status jednej z najważniejszych płyt w dyskografii Hendrixa. Trafiał również do zestawień najważniejszych albumów w historii muzyki popularnej.
Kontrowersyjna okładka
Ciekawa historia wiąże się również z oprawą graficzną wydawnictwa. Hendrix miał własny pomysł na okładkę, ale wytwórnie zdecydowały się na inne rozwiązania.
Amerykańskie wydanie Reprise wykorzystywało charakterystyczne czerwono-żółte zdjęcie Hendrixa autorstwa Karla Ferrisa. Jeszcze większe kontrowersje wzbudziła brytyjska wersja Track Records, na której wykorzystano fotografię Davida Montgomery’ego przedstawiającą dziewiętnaście nagich kobiet.
Sam Hendrix nie był zadowolony z tego projektu i publicznie wyrażał swoje zażenowanie okładką.
Czy „Electric Ladyland” nadal robi wrażenie?
Tak, choć nie jest to płyta, która próbuje przypodobać się słuchaczowi od pierwszej do ostatniej minuty.
„Electric Ladyland” wymaga czasu. Trwa ponad 75 minut, zawiera długie improwizacje, instrumentalne przejścia i fragmenty, w których atmosfera staje się ważniejsza od klasycznej konstrukcji piosenki.
Ale właśnie dzięki temu album pozostaje fascynujący. Hendrix nie stworzył kolekcji przebojów. Stworzył muzyczny świat, do którego można wracać wielokrotnie i za każdym razem koncentrować się na innym elemencie – gitarach, sekcji rytmicznej, produkcji, bluesowych korzeniach albo psychodelicznych detalach.
Najbardziej imponujące jest jednak to, że mimo upływu kolejnych dekad wiele pomysłów produkcyjnych i aranżacyjnych nadal brzmi niezwykle odważnie.
Recenzja „Electric Ladyland” – werdykt
„Electric Ladyland” jest płytą monumentalną, nieprzewidywalną i momentami celowo przesadzoną. Nie ma tutaj minimalizmu. Hendrix chciał sprawdzić, jak daleko może przesunąć granice rockowego albumu i wykorzystał do tego wszystko, czym dysponował – blues, psychodelię, gitarowe efekty, improwizację oraz możliwości studia nagraniowego.
„Voodoo Chile”, „1983… (A Merman I Should Turn to Be)”, „All Along the Watchtower” i „Voodoo Child (Slight Return)” pokazują różne oblicza tego samego artysty. Hendrix potrafił być bluesmanem, eksperymentatorem, autorem rockowych przebojów i twórcą rozbudowanych dźwiękowych pejzaży.
To dlatego „Electric Ladyland” nie jest jedynie dokumentem epoki psychodelii. To jeden z tych albumów, przy których pytanie „czy dobrze się zestarzał?” właściwie traci znaczenie. Płyta nadal potrafi brzmieć dziko, przestrzennie i bezkompromisowo.
